Przyspieszenie śmierci dziecka nie pomoże pogodzić się z jego odejściem

Przyspieszenie śmierci dziecka nie pomoże pogodzić się z jego odejściem

To nie ja wyznaczyłam granicę życia mojej córki [ROZMOWA]

– Przyspieszenie śmierci dziecka nie pomoże pogodzić się z jego odejściem. Trzeba dać choremu dziecku wszystko, co możliwe: zadbać, aby śmierć była dobra, a nie, żeby była szybciej – mówią Irena i Maciej Kaczyńscy, rodzice Janki, Rózi, Piotrusia i Anielki, która urodziła się z bezczaszkowiem i odeszła po siedmiu dniach.

Agnieszka Huf: Jakie emocje wzbudził w Was wyrok, który zapadł w czwartek?

Irena Kaczyńska: Szczęście, ulgę, że teraz rodzic nie będzie musiał walczyć o swoje chore dziecko, ale że zyskały one powszechną podmiotowość.

Czy spodziewaliście się takiego wyroku?

Irena: Modliliśmy się o to. Wokół samego momentu ogłoszenia wyroku było dużo różnych okoliczności – 22 października, czyli wspomnienie św. Jana  

Pawła II, wyrok ogłoszony w Godzinie Miłosierdzia… To umacniało nadzieję, choć obawy były bardzo duże.

Maciej Kaczyński: Oceniałem szanse 50:50, oba rozwiązania były dla mnie równie prawdopodobne.

Kwestia prawa do życia dziecka, które urodzi się śmiertelnie chore, nie jest dla Was teoretyczna. Wam również zaproponowano aborcję…

Irena: Anielka urodziła się 1 lutego 2019 roku. Około 10 tygodnia ciąży dowiedzieliśmy się, że ma wadę – nieusuwalną, nieoperowalną, letalną, czyli śmiertelną: bezczaszkowie. Moment diagnozy był bardzo bliskim zetknięciem się z rzeczywistością aborcyjną, chociaż my sami od aborcji jesteśmy jak najdalsi. Przyszłam na badanie i usłyszałam od lekarza, że jest to wada śmiertelna, że dziecko nie będzie żyło, że może umrzeć w trakcie porodu albo w ogóle do niego nie dożyć. Lekarz przywołał drugiego kolegę na potwierdzenie, że to jest słuszna diagnoza, więc przyjęłam to i nie walczyłam z medycznym orzeczeniem. Ale pierwszą rzeczą, jaką usłyszałam po diagnozie, było pytanie, czy zdecydowałabym się na terminację… Jako matka, która właśnie dowiedziała się, że dziecko jest nieuleczalnie chore, usłyszałam na samym początku od lekarza propozycję aborcji. Od razu powiedziałam „absolutnie nie” i stałam się rzecznikiem praw mojego dziecka, żeby miało czas przeżyć swoje życie. Dopytywałam się więc, jak będzie wyglądała ciąża, czego się spodziewać, jakie są ewentualne zagrożenia. Na koniec pan doktor stwierdził, że jeśli chcę, to on może tę ciążę poprowadzić… To było dla mnie szokujące: najpierw propozycja usunięcia „problemu”, a potem – ja się razem z panią z tym zmierzę. Ale ta postawa nie była wyjątkiem – inny lekarz w tym szpitalu potraktował mnie jako kobietę, która dla fanaberii funduje dziecku cierpienie…

Zastanawiam się, na ile ta zmiana prawna zmieni podejście lekarzy, czy teraz pierwszym, co usłyszy kobieta, będzie: „ja będę prowadził pani ciążę, przejdziemy to razem, jest hospicjum, dam pani telefon do psychologa” – u nas tego zabrakło, zostałam w osamotnieniu i jedyne, co mi zaproponowano, to była aborcja. Wiele kobiet pewnie nie ma siły, żeby zapytać o inne rozwiązania, a przecież jest pomoc – są hospicja, które oferują ogromne wsparcie, nam bardzo pomogli i na etapie ciąży i w czasie tych kilku dni życia Anielki.

Prognozy lekarzy nie sprawdziły się…

Maciej: Anielka się urodziła. Ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich urodziła się żywa.

Irena: Żaden z lekarzy nie spodziewał się, że Anielka przeżyje poród. Mówili, że w najlepszym razie umrze w jego trakcie, albo w pewnym momencie na USG dowiemy się, że już odeszła.

Pierwszego lutego napisałaś na Twitterze: Dziś poród, ostatni dzień, kiedy moje dziecko jest ze mną. Cudownie było ją mieć przy sobie, a kochać będę zawsze. Jestem przykładem, że nie ma ani jednego argumentu za aborcją. Albo miłość, albo aborcja. Anielka. Nasza z Maćkiem miłość.

Irena: Pamiętam, że pisząc to miałam na sobie czarną koszule i to korespondowało z moim nastojem, z tą świadomością, że dobiegłyśmy do mety razem i musimy się już rozstać. A okazało się, że mamy przed sobą kilka pięknych dni razem.

Ale reakcje ludzi na wiadomość o jej przyjściu na świat były bardzo różne.

Irena.: Tak, ta rzeczywistość aborcyjna widoczna była nie tylko była w lekarzach, ale też w komentarzach – zarzucano nam, że dziecko tak strasznie cierpi, że to są wręcz tortury, które zadajemy… Może to jest jakoś naturalne, że ludzie, którzy nie wiedzą, co to jest bezczaszkowie, wyobrażają sobie nie wiadomo co. A to jest noworodek z defektem – ale to nie jest jakiś horror! Anielka po prostu nam po siedmiu dniach zgasła. Ale często trafiałam na takie męczenie wyobraźni słuchaczy, że to są tortury, że dziecko umiera w cierpieniach…

Maciej: Dla mnie najbardziej absurdalnym argumentem zwolenników aborcji jest stwierdzenie, że jest ona aktem łaski wobec dziecka i jego matki. Do dziś oburza mnie to strasznie, to jest kompletnie nielogiczne.

Irena: Powołuje się na fałszywe miłosierdzie, żeby ukrócić cierpienie dziecka. Dzieci rodzące się z tak ciężkimi wadami są objęte opieką – nie jest tak, że się je zostawia! To dzieci po aborcji, jeśli ją przeżyją, są odstawiane gdzieś na bok i umierają z wychłodzenia i braku pomocy. Dziecko z wadą jest objęte pomocą medyczną, dostaje prewencyjnie leki przeciwbólowe i powoli gaśnie. Nie ma możliwości uratowania jego życia, ale nie ma też cierpienia, nie ma tortur.

Czym dla Was był czas spędzony z Anielką?

Irena: Dla mnie to było trwanie przy dziecku do końca. Ten koniec przyszedł, kiedy miał przyjść – to nie ja go wyznaczyłam, nie przesunęłam tej granicy. Podejrzewam, że gotowość do usunięcia ciąży u wielu matek wynika z lęku, żeby nie przeżywać śmierci dziecka. Im mniej jest ono rozwinięte, tym mniej jest się z nim związanym emocjonalnie i wydaje się, że jego śmierć będzie łatwiejsza do przyjęcia. Ja przez te parę miesięcy ciąży bardzo się z Anielką związałam i moja miłość do niej wzrastała. Śmierć każdego dziecka jest cierpieniem – czy odejdzie w czasie ciąży, czy później.

Maciej: Przez cały czas trwania cywilizacji zachodniej wiedzieliśmy, że życie ludzkie jest absolutną wartością i nawet najgorsze cierpienie nie przekreśla wartości, jaką jest trwanie ludzkiego życia. Natomiast to, co dzieje się teraz, co popkultura wpoiła ludziom, to zmiana paradygmatu – życie ludzkie nie jest już wartością. Doszliśmy do absurdu, świat wywraca się do góry nogami – ludzie traktowani są na równi ze zwierzętami, które usypia się, żeby się nie męczyły.

Czy historia Waszego życia z Anielką może pomóc innym rodzicom w podobnej sytuacji?

Irena: Kilka miesięcy temu towarzyszyliśmy małżeństwu w ciąży z córeczką z bezczaszkowiem i oni też mieli Anielkę Marię! Przy czym imię wybrali zanim poznali naszą historię. Wiedząc, że ich Anielka umrze, szukali rodziców dzieci z bezczaszkowiem i znaleźli naszą rozmowę na Stacji7.

Maciej: To już czwarte albo piąte małżeństwo, z którym trwamy, pomagając im przejść przez rozstanie, opowiadając, z czym się musieliśmy mierzyć, jak wyglądało przeżywanie żałoby na etapie ciąży. Bo taka ciąża jest inna – wiadomo, że kres ciąży będzie jednocześnie rozstaniem z dzieckiem i jest to bardzo trudne.

Historia Anielki była dla nas nauką, że miłość jest właśnie taka: nie kocha się za coś, tylko dlatego, że zostaliśmy stworzeni do miłości.

Irena: Ale jest to czas na zbudowanie relacji, na pokochanie bezwarunkowe, bez wyznaczania jakości tego życia – jakie dziecko będę kochać? Czy jeśli nie będzie miało jednego paluszka to będę je jeszcze kochać? A jeśli będzie miało chore serce?

Maciej: Chodzi o to, żeby pokochać nie za coś, tylko po prostu. Ta relacja nie wynika z jakichś przymiotów jednej czy drugiej osoby, ale z faktu, że mamy do czynienia z osobami i to jest jedyny argument za tym, żeby kochać. Historia Anielki była dla nas nauką, że miłość jest właśnie taka: nie kocha się za coś, tylko dlatego, że zostaliśmy stworzeni do miłości. To był jeden z najważniejszych wymiarów tych naszych rekolekcji, które przeżywaliśmy dzięki Anielce.

Irena: Mam poczucie, że daliśmy jej wszystko – wszystko, co mogliśmy jej dać, wszystko, co ona mogła przyjąć. Teraz możemy spać spokojnie. Wiadomo, że czasem się tęskni, czasem się trochę płacze, ale ta miłość ciągle jest…

Czy możecie powiedzieć, że to było spełnione rodzicielstwo?

Irena: Dla mnie rozstanie się z Anielką było trudne – miałam poczucie, że chciałabym ją jeszcze trzymać na rękach, tulić ją i jej śpiewać. Ale moje macierzyństwo się po prostu zmieniło – Anielka wkroczyła w kategorię dorosłego dziecka, mam z nią relację osobową. Wiem, że ona bardzo dużo robi z Nieba dla nas i naszych bliskich, którzy za jej pośrednictwem się do Pana Boga modlą.

Maciej: Mamy dziecko, o które nie musimy się martwić – jedno z czworga naszych dzieci jest już bezpieczne. Dlatego tak, ta relacja jest dopełniona, jesteśmy o Anielkę spokojni. Ktoś, dla kogo śmierć jest kresem i złem najgorszym z możliwych, kto nie ma oparcia w wierze, może spojrzy na mnie jak na człowieka bez serca, dla którego śmierć dziecka nie jest największą tragedią, skoro poradził sobie z tym bólem to może coś jest z nim nie tak.

Irena: A może właśnie pomyśli, że jedynym sposobem, żeby udźwignąć ten trud, jest wiara – z wiarą da się to przetrwać: ciążę, śmierć, ale też to, co jest potem? Bo to nie jest tak, że Anielka odeszła i wszystko wróciło do normy. My też potrzebowaliśmy czasu, żeby w tej nowej rzeczywistości „z dzieckiem ale bez dziecka” funkcjonować, żeby się normalnie uśmiechać, żeby sobie to wszystko poukładać. To jest naturalne, że każdy człowiek potrzebuje czasu żałoby. Ale przyspieszenie śmierci dziecka w tym nie pomoże – jeśli nie możemy dać mu zdrowia, to możemy ulżyć mu w cierpieniu i pozwolić przeżyć życie. Trzeba dać dziecku wszystko, co możliwe: zadbać, aby śmierć była dobra, a nie, żeby była szybciej. Czas, który się ma, trzeba wykorzystać na bycie z dzieckiem.

Maciej: Niewiele więcej niż prawo do godnej śmierci, do umierania w otoczeniu miłości, nie mogliśmy dać Anielce. Bo to, że ona umrze, to było bezwzględnie pewne – od nas tylko zależało, jak to potraktujemy. I przed takim wyborem stają wszyscy rodzice śmiertelnie chorych dzieci: czy otoczą to dziecko miłością czy będą trwać w jakimś zgorzknieniu, czy dadzą sobie wmówić, że to dziecko narusza im wolność, odbiera im godność, komfort…

A jeśli ktoś boi się, że nie uniesie trudu opieki nad dzieckiem głęboko niepełnosprawnym?

Maciej: Jeśli ktoś naprawdę nie umie pokochać, nie umie poradzić sobie z dzieckiem, które do końca życia będzie potrzebowało pomocy, to przecież nie zmusza się do tego, żeby je wychować – dużo ważniejsze jest, żeby pozwolić mu się urodzić! Przecież istnieją ośrodki, które przyjmą takie dziecko.

Irena: Większą bohaterką jest matka, która urodzi takie dziecko i je zostawi, ale da mu życie, niż ta, która poradzi sobie problemem poprzez aborcję.

https://stacja7.pl/rozmowy/to-nie-ja-wyznaczylam-granice-zycia-mojej-corki-rozmowa/